ICH KONIEC ŚWIATA. GDZIE ZOSTAWILI SWOJE SERCE POLSCY BLOGERZY?

Każdy z nas posiada takie miejsce na ziemi, do którego uwielbia wracać. Może to być stary, rodzinny dom, miejsce, w którym spędziliśmy najlepsze wakacje w życiu czy po prostu takie, które utkwiło nam w pamięci. Ostatnio poprosiłam kilku blogerów (nie tylko) podróżniczych, żeby napisali o ich końcu świata, czyli miejscu, w którym zostawili swoje serce. Nie spodziewałam się tylu odpowiedzi!

Jestem ciekawa z kim się identyfikujecie i gdzie jest Wasze ukochane miejsce, także dajcie znać: czy to w komentarzu czy na stronie danej osoby. Teraz tylko przygotujcie paczkę chusteczek, bo momentami będzie wzruszająco i… zaczynamy!

A jak Australia- Julia Raczko z bloga Juli&Sam

Kilka lat temu wyjechałam w samotną podróż dookoła świata i nigdy nie wróciłam. Zamieszkałam w Australii. I to nie tylko z miłości do człowieka, ale także z miłości do miejsca. W Australii trudno się nie zakochać, szczególnie gdy lubi się przyrodę i tzw. święty spokój, a ja przepadam za jednym i drugim. Długie drogi przez Outback, szlaki w lasach deszczowych, zakamarki wielkich miast i uśmiechy na twarzach przechodniów. Koale, kangury, wombaty i kolorowe papugi, które każdego rano zaglądają na mój taras w Brisbane. Do tego doskonała kawa i wino, międzynarodowa kuchnia i wciąż coś nowego do odkrycia. Australia to też świetna baza wypadowa na wyspy Pacyfiku, a tam dzieje się magia…

C jak Costa Nova- Ola, Tomek i Michaś Dudek z bloga Globtroterek

Miejsce na ziemi, które skradło nasze serca, jednocześnie pomalowało je w paski 🙂 To Costa Nova, rybacka dzielnica miasteczka Aveiro w Portugalii. Słynie z domów pomalowanych w kolorowe pasy. To dawne rybackie chaty, dziś przekształcone w domki letniskowe. Tuż za nimi rozciągają się kilometry najpiękniejszych portugalskich plaż. Szerokich, piaszczystych i smaganych wiatrem znad oceanu. To miejsce kojarzy się nam z porannym zamieszaniem po powrocie kutrów do portu, skrzekiem mew, zapachem czarnej, gęstej jak smoła portugalskiej kawy, miękkością piasku pod stopami i palącymi promieniami letniego słońca. To zdecydowanie jedno z miejsc, w którym moglibyśmy zakotwiczyć na dłużej.

D jak Dahab- Kaja Wolnicka z bloga Moi Mili

Mój koniec świata, moje miejsce na Ziemi, jest w niewielkiej hipisowskiej wiosce na półwyspie Synaj – w Dahabie. Ta magiczna pustynia, gdzie góry schodzą prosto do Morza Czerwonego, przez 2 lata była moim domem. W połowie studiów, zupełnie znienacka, wyruszyłam przed siebie, szukać szczęścia i swojego miejsca. Jedno i drugie znalazłam właśnie tam – w gorącym Egipcie. Jak również pasję na całe życie – nurkowanie. I przyjaźnie, które trwają do dziś. Zostawiłam w Dahabie kawałek swojego serca. Choć może się wydawać, że trudno bez niego żyć – okazuje się, że ze sobą zabrałam dużo więcej. Przede wszystkim piękne wspomnienia i kojące przekonanie, że dom może być wszędzie na świecie. Po moich latach w Dahabie nic już w moim życiu nie było takie samo. Wracam tam często, ostatnio głównie w myślach.
Bo to jest tak, że kawałek mnie został na pustyni. I kawałek pustyni żyje we mnie…

E jak Egipskie Port Said- Aleksandra Gzyra- Abdelhalim z bloga Polegytravels

Kiedy pierwszy raz pojechałam do Port Saidu nie spodziewałam się, że to miejsce stanie mi się tak bliskie i przez kolejne lata będzie dla mnie tak ważne. Był rok 2012, a ja po raz pierwszy pojechałam do Egiptu. Port Said, jako rodzinne miasto mojego przyszłego męża, stał się bazą wypadową do innych atrakcji północnego Egiptu. Sama nie wiem, kiedy tak bardzo pokochałam to miasto. Ilekroć wracamy do Egiptu nie mogę się doczekać, kiedy dojedziemy już do Port Saidu. Wiem, że gdy tylko przekroczę próg mieszkania, rodzina męża powita mnie z otwartymi ramionami, a teściowa zaraz przygotuje moje ulubione mahshi. Chociaż przez kolejne dni naszego pobytu przez ten dom przewinie się cała bliższa i dalsza rodzina, będzie gwarno i tłoczno, to właśnie tam najlepiej odpoczywam od pracy i zapominam o problemach.

 Poza tym życie płynie tam jakoś inaczej, wolniej, a ludzie mają czas dla siebie i dla rodziny. Tam czuję, że w końcu nie muszę się nigdzie spieszyć. Mogę godzinami spacerować nad Kanałem Sueskim lub po pustej plaży na pobliskiej wyspie Port Fuad. To tam najlepiej ładuję baterie i odpoczywam od codzienności. Po prostu czuję się tam jak w drugim domu.

F jak Faroje- Patrycja Pająk z bloga Powroty

Mój osobisty koniec świata, na którym zostawiłam kawałek serca to Faroje. Nie potrafię wskazać, która spośród 18 Wysp Owczych zajęła jego największą część. Lubię myśleć o nich zarówno jako o indywidualnych królestwach, jak również o całości posiadającej punkty wspólne. Z pewnością jednym z takich punktów jest chłód. Uwielbiam zimno za jego oczyszczającą myśli moc, która pozwala skupić się na tym, co naprawdę istotne.

Kolejnym z nich jest niesamowita, dynamiczna i dramatyczna wręcz gra światła będąca dla mnie jako fotografa niezwykłym przeżyciem estetycznym. Z tym też nieodłącznie wiążą się majestatyczne krajobrazy Wysp Owczych. W obliczu ich bezkresnej przestrzeni, złapanie dystansu, pokory i odpowiedniej perspektywy przychodzi mi niezwykle łatwo.

Paradoksalnie bardzo boję się wielkiej wody i rozległych, otwartych terenów, a te towarzyszą mi tutaj nieustannie pozwalając zwalczać z każdym kolejnym krokiem swoje ograniczenia i słabości. Fascynuje mnie przy tym wyspiarska samotność.

Jak to jest być skazanym na życie wśród tak małej społeczności? Jak żyć w obliczu ograniczonych możliwości, na co samemu przystało się podejmując decyzję o pozostaniu na wyspie? Te pytania jak i odpowiedzi na nie, bezpośrednio związane z historiami poszczególnych mieszkańców Wysp Owczych, mają zaś w moim sercu miejsce szczególne. 

G jak Göreme czyli Kapadocja- Marta Mikulska z bloga Pełną parą.

Budzę się po 4. Gdy tylko otwieram oczy wyskakuję z łóżka i biegnę do okna żeby zobaczyć, czy pogoda aby na pewno jest odpowiednia…  Godzinę później docieram w TO miejsce, serce bije szybciej, a w głowie kłębi się tylko jedna myśl – czy to dzieje się naprawdę, czy te wszystkie zdjęcia, które wcześniej widziałam, to tylko fotomontaż? Po chwili pierwsze balony unoszą się w powietrze i swym magicznym blaskiem rozświetlają ciemność… Rozglądam się wokoło, a zza gór wyłaniają się promienie wschodzącego słońca. Niebo pełne jest tych latających cudów, a od ich kolorów kręci mi się w głowie. Jest ich dziesiątki! A może setki?

Patrzę jak zahipnotyzowana nie mogąc oderwać wzroku uwierzyć, że ten magiczny spektakl istnieje naprawdę… Tak właśnie zakochałam się w Kapadocji… Po tym zjawiskowym przedstawieniu miałam okazję odwiedzić także podziemne miasta, dolinę gołębi, charakterystyczne formacje skalne – Pasabagi, muzeum na świeżym powietrzu Goreme, co skutecznie przypieczętowało moją miłość do tej baśniowej tureckiej krainy. Od tamtej pory chyba nic nie zachwyciło mnie aż tak bardzo i już w głowie układam sobie plan, co zrobić, żeby tam wrócić…Kapadocja

H jak Hongkong- Magda Drajkowska z bloga Zza grubych szkieł

Hongkong jest miastem osobliwym. W cieniu niebotycznych wieżowców kryją się stare świątynie, duszne od zapachu kadzideł, a kilka przecznic od najdroższej ulicy świata (Canton Road) są targi uliczne z koszulkami po kilka dolarów hongkońskich. Hongkong zdobył moje serce głównie, dzięki Victoria Peak. Wzniesienie ma tylko 552 metry. Żeby się na nie dostać zamiast wygodnej kolejki wybrałam starą Old Peak. Wchodziłam krok za krokiem czując ciężar powietrza nasiąkniętego do granic możliwości wilgocią. Na górze przywitał mnie wiatr, więc wyciągnęłam bluzę z plecaka i zarzuciłam na siebie – byłam gotowa na spotkanie z miastem miast. Tak tylko mi się wydawało! Nocna panorama Hongkongu ze wzgórza Wiktorii zatrzymuje w czasie. Stałam twarzą w twarz z miastem i miałam wrażenie zetknięcia się z monumentalizmem, jak wtedy, gdy słuchasz koncertu w filharmonii lub patrzysz w niebo pełne gwiazd. Czułam jak widok miliona świateł u stóp zapada głęboko we mnie, osadzając się pod żebrami i wiedziałam, że na zawsze przykleił się do ściany serca.

Czytaj również:  JAK SIĘ MIESZKA W AMERYKAŃSKIM MOTELU? MOJA HISTORIA.

J jak Japonia, M jak Majorka, U jak USA i W jak Włochy- Kuba Piekarz z bloga Kuba w Podróży

Serc zostawionych w podróży mam więcej niż palców u obu rąk. Znajomi czasem pytają mnie: „gdzie Ci się najbardziej podobało?”. Nigdy nie umiem odpowiedzieć na to pytanie jednym słowem, bo co to znaczy podobało? Chodzi o widoki, plażę, kuchnię czy kulturę?

Jedno z moich podróżniczych serc zostało z pewnością w USA: ta mityczna wolność, pogodność i dobroduszność mieszkańców, niepowtarzalne cuda natury oraz te stworzone ludzką ręką, olbrzymie miasta, kuchnia oraz niezliczone możliwości rozrywki. Drugie serce zostało w północnych Włoszech – za ich wspaniałą kuchnię, za styl mieszkańców, za historię, którą możemy zobaczyć i dotknąć na każdym kroku. Trzecie serce zostało w Japonii. Za ten wszędobylski porządek, za kuchnię, za bezpieczeństwo. Jedno z serc zgubiłem niedawno na Majorce – za ten swobodny, hiszpański styl życia, za miejsca ze wspaniałą kuchnią, za przyjazny klimat.

Choć ciągle jestem w podróży, ciągle poznaję nowe miejsca i ludzi, odkrywam tajniki różnych kultur i ich kuchni nie znalazłem jeszcze swojego miejsca na Ziemi. Ale chyba o to w tym wszystkich chodzi: żeby ciągle szukać, być otwartym na to co nowe i nieznane, żeby samemu wszystkiego doświadczyć.

 Drogi na skróty nie ma. 

K jak Kołobrzeg- Jason Hunt z bloga JasonHunt

Gdybym miał wybrać dobre miejsce do życia, wybrałbym Bangkok, w którym życie mija tak bezproblemowo i tak szybko, że nie pamięta się który jest dzień tygodnia. Gdybym miał wybrać ukochane miejsce, padłoby na Nowy Jork, który zachwyca, inspiruje i przytłacza za każdym razem, gdy do niego wracam. Gdyby jednak powiedziano mi, że od dziś do końca życia mam pozostać w jednym miejscu, zdecydowałbym się na moje rodzinne miasto – Kołobrzeg. Może dlatego, że przeżyłem w nim bezproblemowe dzieciństwo, może dlatego, że tam łapałem inspirację do pierwszych książek i publikacji. Pozornie w niczym nie jest lepsze od Bangkoku i Nowego Jorku, ale ilekroć jestem za granicą – chcę wracać do Polski. Ilekroć jestem w Kołobrzegu, czuję się jakbym do domu wrócił,

L jak Laponia- Emilia Długa z bloga globfoterka

Zimno od zawsze napawało mnie szczerym przerażeniem i nieskrywaną antypatią. Unikałam go wręcz jak największego zła. Perspektywa zamieszkania w Laponii wydawała się więc być w tym kontekście nieco absurdalnym pomysłem. W końcu kto normalny chce jechać na koniec świata, walczyć z parszywym zimnem i łapczywie wyczekiwać skąpych promieni słonecznych? Kto mieszkający dotychczas w dużym mieście wypełnionym po brzegi ludźmi, kulturą, rozrywkami i wciąż nieodkrytymi restauracjami zupełnie naturalnie odnajdzie się w gminie zamieszkiwanej przez 5 tysięcy osób, w której niemal jedynymi miejscami, gdzie wydaje się pieniądze są dwa markety?

Dziewicza, nieskażona masową turystyką sceneria Skandynawii potrafi zahipnotyzować każdego, kto doceni spokój i ciszę bijącą z przyrody. Po prostu wyobraź to sobie. Tańcząca na niebie zorza polarna, poprzecinane tysiącami jezior góry, a na ich zboczach stada reniferów. Uginające się od śniegu choinki, mroźny krajobraz z falującymi szczytami. Ogromny hotel wykonany w całości z lodu, zbudowane po środku niczego igloo, w którym spędzasz niepowtarzalną noc. Wyobraź sobie tę dziką przestrzeń i zatrać się w niej. Będziesz odmieniony.

Ł jak Łódź i A jak Anglia- Kamila i Paweł Florczak z bloga Ready for boarding

Nasze miejsce na ziemi to Łódź, to tutaj zawsze wracamy. Ale czy zostaniemy tu do końca życia? Tego nie wiemy i nie zakładamy, ale na pewno będziemy wracać. Jest jeszcze jedno miejsce, które na zawsze pozostało w naszych sercach. Miejsce, gdzie rozpoczęliśmy wspólne życie, na własną rękę, gdzie studiowaliśmy, pracowaliśmy i zdobyliśmy największe życiowe doświadczenia. Jest to Anglia. I nie chodzi tutaj o zabytki, piękno natury czy społeczeństwo – jest to miejsce, gdzie zapuściliśmy korzenie, żyło nam się łatwo, przyjemnie i przywieźliśmy niesamowity bagaż wspomnień. Po dziś dzień chętnie wracamy choćby na weekend do Londynu czy innych miast, aby po prostu pobyć, żyć innym tempem, pójść na musical, zobaczyć coś nowego i za każdym razem czujemy jakbyśmy wrócili na stare śmieci. I może nie jest to najbardziej odkrywcze miejsce, nie jest to żaden egzotyczny kierunek gdzieś na końcu świata, ale mamy do niego niesamowity sentyment!

M jak Maroko- Mikołaj  z bloga Przekraczając Granice

Gdy większość roku spędza się poza domem, trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, gdzie zostawiłem swoje serce, która destynacja tak bardzo mnie zauroczyła. Można by rzec, że moje serce zostaje ciągle rozrywane i muszę sklejać je na powrót. Myślę jednak, że najbardziej znaczącym dla mnie był wyjazd do Maroko. W tym pięknym afrykańskim kraju, o bogatej kulturze, jakże odmiennej od europejskiej, zostawiłem o wiele więcej niż tylko serce, zostawiłem tam 43 lata swojego życia. Mimo tego, że straciłem całą pamięć, a może właśnie dlatego, chętnie bym tam kiedyś wrócił i znowu pospacerował mocno zeuropeizowanymi uliczkami Tangeru. Wybrałbym się do Casablanca, miasta, gdzie Humphrey Bogart i Ingrid Bergman odegrali jedne z najlepszych scen w historii kina i gdzie znajduje się jeden z największych meczetów na świecie. Powłóczyłbym się po medynie Marrakeszu, słuchając nawoływań muezzina. Wpadłbym na chwilę do Rabbatu, gdzie nowoczesna stolica żyje w symbiozie z historycznym miastem. Odpocząłbym chwilę na szerokich plażach Agadiru, miasta, które w 1960 roku prawie całkowicie zostało zrównane z gruntem przez ogromne trzęsienie ziemi. A na koniec wybrałbym się tam, gdzie wszystko dla mnie się skończyło, a może zaczęło – w piękne, malownicze, ale i niebezpieczne góry Atlas. 

P jak Patagonia- Alex Jaskółowska z bloga Travel and keep fit

Patagonia. Kraina rozciągnięta pomiędzy Oceanem Spokojnym i Oceanem Atlantyckim, otoczona ośnieżonymi Andami, zakończona Ziemią Ognistą. Południe Argentyny, dla wielu prawie granica świata, dalej już tylko skute lodem krajobrazy, tak bardzo nieprzychylne człowiekowi. To zatem ostatni przystanek przed wielką pustką. Dla mnie to miejsce, gdzie dopiero wszystko się zaczyna. Synonim bycia w drodze i kwintesencja poszukiwania.

Krajobraz jest bezkresny, nic nie zatrzymuje wzroku, ani myśli. Jest przestrzeń, która daje poczucie wolności, nie związania z nikim i niczym, a jednocześnie wywołuje przerażenie i przytłoczenie tym, że nie ma się nad nią kontroli. Jest też cisza, ale nie taka zwyczajna, o której mówi się, że dźwięczy w uszach. To cisza totalna, która sprawia, że czasem musisz coś do siebie powiedzieć, żeby upewnić się, że nadal słyszysz, bo nie dochodzą do ciebie żadne dźwięki. Nie ma wiatru, nie szumi trawa, nie ma nawet muchy, która irytująco obija się o szybę w samochodzie.
„Nothing behind me, everything ahead of me, as is ever so on the road” napisał Jack Kerouac w swojej książce On the road. Są takie miejsca na ziemi, które chyba specjalnie zostały stworzone do bycia w drodze, tego realnego i mentalnego. Patagonia jest dla mnie jednym z nich i przebywanie w jej przestrzeniach było dla mnie wyjątkowe.

P jak Przystanek Woodstock- red. Górski i red. Podsiadły z bloga Podróż Odbyta

Podróżnicze Świry, lecimy do naszego miejsca na ziemi! Zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że mamy pole, pole, łyse pole. To pole ma niecałe dwa kilometry kwadratowe, co w sumie nie wydaje się jakąś małą powierzchnią, ale dalej wyobraźmy sobie, że na tym niby dużym, niby nie, ale wciąż łysym polu mamy pół miliona świrów! To jednak dopiero początek. Wśród tych pół miliona osób trudno znaleźć kogoś, kto jest za pan brat z higieną, ale tak naprawdę kogo to interesuje? Swój swojego nie poczuje! Wciąż mało? To patrz teraz. Masz dosyć ludzi, chcesz sobie posiedzieć sam w kącie i podumać o kierunku płynięcia Odry? Będzie problem znaleźć tam taki kąt, bo od razu podbije do Ciebie 50 osób z pytaniem, czy wszystko w porząsiu i nie potrzebujesz pomocy. Podumaliśmy trochę o ludziach, ale zejdźmy trochę na Ziemię, bo w końcu to nasze miejsce na Ziemi. Chcesz skorzystać ze śmierdzącego tojtoja, który przy prawie trzydziestu stopniach zamienia się w saunę? Świetnie! Mamy tylko nadzieję, że nie dopadła Cię akurat klątwa Kryszny (z woodstockowego: sraczka). Dokładnie tak – mówimy o Przystanku Woodstock w Kostrzynie nad Odrą.

Czytaj również:  CO ROBIĘ NA MOIM KOŃCU ŚWIATA?

Gdyby nie Woodstock

nie powstałaby Redakcja Podróży Odbytej, a żadna podróż nigdy nie zostałaby odbyta tak samo. Jedna połowa Redakcji trafiła tam w pełni świadomie, a druga zupełnie przypadkiem, mimo niezbyt pochlebnego PRu festiwalu w mediach i opinii publicznej. Teraz, po prawie czterech latach od naszego pierwszego spotkania nie bacząc na opinie innych śmigamy na Przystanek z mega bananem na twarzach, bo uwierzcie – takiego stężenia dobrego człowieka na metr kwadratowy, jak raz do roku w Kostrzynie nad Odrą, to nie ma w żadnym innym miejscu na świecie. Próbujmy nowych rzeczy, wyzwania podejmujmy z otwartym umysłem, nie dajmy się ograniczać. Podróżnicze Świry, zaraz będzie ciemno!

N jak Norwegia- Karolina Siwkiewicz z bloga Love-Krowe

To miał być zwykły wakacyjny wyjazd – rowerowa przygoda na północy Norwegii. Wróciliśmy zakochani – w sobie od dawna i z nową miłością do północnych terenów. Nie mogło być inaczej. To tam, na kilfie Preikestolen w targanym przez północne wiatry namiocie, na widok magicznego pudełeczka powiedziałam “Tak” mężczyźnie mojego życia. W podróż poślubną ruszyliśmy oczywiście do Norwegii. Tym razem jeszcze bardziej na północ, z przyczepą kempingową za koło podbiegunowe. Trafiliśmy na nasz magiczny koniec świata – sam koniec archipelagu Lofotów. To tam przyroda zachwyca dzikością, morza są pełne ryb, lasy pełne jagód i grzybów, a my możemy poczuć się jak pierwsi Wikingowe szalejąc kajakiem przy białych nocach. To tam pływaliśmy po fiordach z morświnami, podziwialiśmy błękitne lodowce i chyba widzieliśmy zorzę polarną ( chyba bo byliśmy już po jednym winie , a na zdjęciach nie było ani  śladu ;)).

Norwegia kojarzy mi się z niezwykłą wolnością i bezgraniczną miłością.  Trzeba uważać , kto raz poczuje zew północy tak łatwo z tym nie skończy! Nasze dzikie serca na zawsze zostały na północy i czekają, aby tam wrócić… 

S jak Sahara – Martyna Jabłońska- Makowska z bloga Martyna Soul 

Odwiedzając Maroko – kraj pełen kontrastów, kolorów, egzotyki wiedziałam, że muszę spełnić jedno z moich wielkich podróżniczych marzeń. Od zawsze chciałam na wielbłądzie przemierzać pustynię, a jeszcze bardziej chciałam na niej nocować. Moje marzenia stały się rzeczywistością. Dotarłam na koniec świata – do malutkiej, pustynnej wioski Merzouga w południowo – wschodnim Maroku, która każdego dnia jest posypywana saharyjskim piaskiem. Z tego miejsca widać ogromne piaszczyste wydmy Erg Chebii, które należą do Sahary. Stąd już tak blisko do Algierii.

Z Merzouga rozpoczęła się moja pustynna przygoda. Wielbłądzia karawana, ogniście pomarańczowy piasek, wschód i zachód słońca jakiego nie widziałam w innych miejscach na świecie, niebo pełne gwiazd, berberyjskie śpiewy, marokańska kolacja, ognisko, a potem cisza – pustynna cisza – jakże przejmująca i pozwalająca zostać sama na sam ze swoimi myślami. Nocowanie na pustyni było dla mnie niesamowitym przeżyciem i już na zawsze pozostanie w moim sercu. Sahara zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś powrócę na pustynię – tylko w innej części świata.

i S jak San Diego- Angelika Andrzejewska z bloga Sophisticatedly

Miejsc, w których zostawiłam swoje serce jest zbyt dużo. Jednak jeden wieczór często wraca do mnie w formie niezwykłego wspomnienia. San Diego, zachodnie wybrzeże Kalifornii. Razem z przyjaciółmi stoimy na klifach i obserwujemy zachód słońca. Przed sobą widzę tylko otchłań oceanu i słyszę jego szum. Ogromna tafla wody faluje i odbija ciepłe promienie wieczornego słońca. Po całym dniu na kilku przepięknych plażach jesteśmy cali w morskiej soli i piasku. Ale to przyjemne uczucie. Mam świadomość, że zapamiętam tą chwilę na dłużej.

Koło nas zatrzymuje się oldschoolowy samochód. Wysiada z niego kilku lokalnych mieszkańców. W radio lecą przyjemne kawałki hiszpańskiego reagge. Czuję się taka wolna. Cieszę się tym, co mam i jestem wdzięczna za to, gdzie mogę być. Nachodzi mnie refleksja. Jaki ten świat jest piękny i jaki człowiek jest mały w obliczu jego siły i potęgi!

Sz jak Szaciły- Anna Chomiak z bloga Nieidealna Anna

Moje miejsce na ziemi jest położone w  sercu Podlasia. To malutka wieś, gdzie stoi dosłowni kilka domów, nie ma sklepu, a główną drogą przejeżdża jedno auto na godzinę. Szaciły, bo o nich mowa są miejsce, z którego pochodzi mama mego męża. W Szaciłach w okresie wiosenno-wakacyjnym mieszka babcia Pawła. W tym czasie to moje ulubione miejsce, głównie dlatego że nie mam tam zasięgu i Internetu.

Właśnie w Szaciłach odpoczywam naprawdę. Wtedy jestem 100% offline, koncentruje się na sobie, rodzinie i kontakcie z naturą. Urokliwa podlaska wieś, skradła moje serce tym, że jest tu cicho, zielono, spokojnie i naturalnie. Do szczęścia wystarczy mi wypita świeżo zaparzona kawa na ganku, spacer do lasu, czy kąpiel w stawie. Z utęsknieniem wyczekuję ciepła, aby znów odwiedzić Szaciły. Chodzić boso po trawie, wstawać skoro świt i oczywiście czytać książki, leniwie bujając się w hamaku. Tutaj wszystko wydaje się prostsze, piękniejsze i moje. 

T jak Tajlandia- Filip Turowski z bloga Głodny Świata

Mój koniec świata? Tajlandia <3. To pierwszy naprawdę odległy kraj, do którego wyjechałem 10 lat temu w pierwszą samodzielną podróż i w którym zostawiłem część serca. W migoczących złotem świątyniach, w kremowym tajskim curry, w uśmiechach moich tajskich przyjaciół. I choć zadurzyłem się w Peru, choć poczułem miętę do Kolumbii, chociaż bardzo inspiruje mnie Japonia i zachwyca dziewiczą przyrodą Laos, to do Tajlandii cały czas wracam i to tam – wychodząc z lotniska – czuję, jak lekko oddycham. 

W jak Wietnamskie Hanoi- Hanna Loch z bloga Hankasaqib

Trzy lata spędzone w Hanoi odmieniły moje życie. Do Wietnamu wyjechałam dziesięć lat temu, tuż po tym jak zrobiłam w Warszawie Celtę (kurs na nauczycieli angielskiego). Od pierwszej chwili poczułam się tam jak u siebie i może dlatego los się do mnie uśmiechnął. Dostałam legalną pracę w renomowanej szkole angielskiego. Dzięki temu potem mogłam uczuć w innych krajach, także na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Najważniejsze jednak jest to, że w Hanoi spotkałam swą bratnią duszę, mojego męża Saqiba z Pakistanu.

Hanoi do dziś kojarzy mi się z beztroskimi, leniwymi popołudniami spędzanymi w kawiarniach i knajpkach w starej dzielnicy. Z szaloną jazdą rowerem wśród milionów trąbiących motorów, z duszącym smogiem i z praniem niefrasobliwie suszącym się na liniach wysokiego napięcia. Do dziś na myśl o bun cha leci mi ślinka i choć od ponad pięciu lat nie jem już mięsa, to jeśli kiedyś wrócę do Hanoi, na pewno złamię zasady mojej diety. W Hanoi zrozumiałam, że nie chcę dłużej mieszkać w Europie, dlatego właśnie od ponad ośmiu lat wiedziemy z Saqibem ekspackie życie w Azji i Afryce.

Kochani, czy Wam też kręci się łezka w oku czytając powyższe opowieści? Na pewno nie jestem jedyna! Ciekawa jestem jaki jest Wasz koniec świata, dlatego czekam na wiadomości i komentarze o miejscach w których najłatwiej zostawić swoje serce!

Buziaki,

24 KOMENTARZE

    • Kamilko, jeden z nich to mój dom- jest na przysłowiowym końcu świata, znam tu wszystko (każdą przysłowiową dziurę). Odkryłam to dopiero niedawno, bo ciągle szukałam “tego miejsca”, a ono było tuż obok. Jednak po pewnym czasie chce się “jechać dalej”, bo tego spokoju za wiele. A później wrócić i usiąść przy piecyku z kubkiem ziołowej herbaty. Buziaki!

  1. Z przyjemnością przeczytałem wszystkie wypowiedzi. Jak jesteśmy różnorodni ?
    Gdybym miał wybrać miejsce do mieszkania za granicą, to wybrałbym Czechy. A w Czechach Czeską Szwajcarię – jeden z najpiękniejszych regionów w tym kraju oraz przesympatyczni ludzie, nie wspominając o klasycznych czeskich piwiarniach.
    W Polsce mam dwa miejsca – Jurę Krakowsko-Częstochowską, najlepiej w pobliżu Złotego Potoku. Jak widzę białe jurajskie skały, to muszę, niczym koń, się po nich wybiegać ?
    Drugim miejscem jest Brzyków. Podobne miejsce do tego, które opisała Nieidealna – też tam nie ma zasięgu, a o sarnę można się potknąć wychodząc za próg domu. Brzyków leży w dawnym województwie sieradzkim i moi rodzice przed laty kupili tam dom, ktory jest moim azylem…

    • Jak czytam “o sarnę można się potknąć wychodząc za próg domu” mam ochotę zapakować walizkę i przyjechać do Brzykowa. U mnie sarny widać z okna i szczerze mówiąc to jedne z moich ulubionych zwierząt do obserwacji- nigdy mi się nie nudzą. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Ch – jak Chorwacja.Kocham miłością wielką. Mogłabym tam zamieszkać i być szczęśliwa ? Zwiedziłam i widziałam tam sporo i odpowiada mi absolutnie wszystko: klimat, natura, kuchnia, ludzie.
    Fajnie się czytało relacje innych, gdzie są te ich ukochane miejsca ?

  3. Swietny wpis, przyjemnie się go czytało i żałuję bardzo, że nie zdążyłam się załapać. Niestety, nie pozwoliły mi na to obowiązki, mam nadzieję, że mi to wybaczysz. Kołobrzeg Hunta mnie rozwalił :).

  4. Jak miło czytało mi się te wszystkie wypowiedzi o własnym końcu świata 🙂 każdy z osobna tak pięknie opisal i przedstawił te miejsca, że każde chciałoby się teraz odwiedzić.
    Z mężem znaleźliśmy swój koniec świata niedaleko, bo w Beskidzie Niskim, gdzie czas zwalnia, a niebo zawsze jest pełne gwiazd 😊

  5. Jak miło czytało mi się te wszystkie wypowiedzi o własnym końcu świata 🙂 każdy z osobna tak pięknie opisal i przedstawił te miejsca, że każde chciałoby się teraz odwiedzić.
    Z mężem znaleźliśmy swój koniec świata niedaleko, bo w Beskidzie Niskim, gdzie czas zwalnia, a niebo zawsze jest pełne gwiazd 😊

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here