Historia o burzliwej miłości, czyli o tym jak zakochałam się w Grecji.

W książce Opowieści z końca świata możecie przeczytać historię mojej walki z greckim systemem. Walki dość śmiesznej, bo przecież nie da się samemu zmienić całego świata (czy narodu). W takich przypadkach, jak skala wynosi jeden do dziesięciu milionów- trzeba po prostu odpuścić i zmienić się samemu. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. A jeszcze trudniej się zakochać.

Dziś opowiem Wam jak wyglądała moja relacja z Grecją i za co jestem niezwykle wdzięczna Grekom. A więc, zaczynamy!

Miłość burzliwa niczym Wielkanoc na Krecie

Jak to wszystko się zaczęło?

W Grecji byłam zaraz po tym jak spędziłam pół roku w Turcji. W Turcji zdążyłam się zakochać, a tydzień na Rodos był po prostu okej. Pół roku później leciałam do Aten, żeby zacząć… studia na Półwyspie Peloponez. A dokładniej, wymianę studencką z programu Erasmus. Myślałam, że będzie tak samo, ale… się myliłam.

Patras, widok na most Rio-Andirio w lutym 2015.

W lutym pogoda była koszmarna, ponadto, okazało się, że była to najzimniejsza wiosna w Patras (na zdjęciach tego nie widać). Nie rozpieszczał mnie akademik, gdzie nie miałam ogrzewania, spóźnione miejskie autobusy, ludzie i wiele innych, niewiarygodnie spóźnionych sytuacji. Taka po prostu jest Grecja, ale ja nie przyjmowałam tego do świadomości i… dzięki temu odbierałam lekcję za lekcją. Mimo tego, nie potrafiłam jej odrobić przez kilka miesięcy, tylko ciągle marudziłam. Wiedziałam, że marudzenie to żadne rozwiązanie– ale inaczej nie potrafiłam.

ksiazka opowiesci z konca swiata
Nawet nad Uniwersytetem zbierały się czarne chmury (fakt autentyczny ;))

W końcu opuściłam Peloponez, ale wiedziałam, że do Grecji wrócę. Przecież jak już coś zaczęłam, to muszę to skończyć, prawda?

Wiedziałam jednak, że Peloponez jest piękny i że kiedyś tam wrócę.

Grecja trzy lata później

Parę lat nie jeździłam do Grecji, a po trzech latach poleciałam na Kretę. Już wiedziałam, że jestem bardziej wyluzowana, ale nadal czegoś brakowało. Mimo, że było cudownie, bo Kreta jest piękna, to chemii pomiędzy mną a Grecją nie było. Smuciło mnie to, ale czułam, że jestem na dobrej drodze do zakochania się w Grecji. Chciałam się w niej zakochać, bo dopiero wtedy udałoby mi się odkryć ją naprawdę. A na tym mi zależało.

Powrót na Peloponez

Mimo, że z Maćkiem zwiedzaliśmy zarówno greckie wyspy i kontynent, to nie byliśmy razem na Peloponezie. Chciałam mu pokazać Patras, mój akademik i zjeść najlepsze lody na głównym placu. Czułam, że powrót do tego miejsca wzbudzi we mnie niezliczone emocje- i tak się stało. Mimo, że Patras nie należy do moich ulubionych miejsc w Grecji, to Półwysep Peloponez jak najbardziej.

Ale stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze, przestałam oczekiwać, że wszystko będzie po mojemu. Po drugie, nie zastanawiałam się, dlaczego ktoś zatrzymuje samochód na środku ulicy i np. idzie po ulubione frappe. Po trzecie, nauczyłam się akceptować to co mnie spotyka. I po czwarte, włączyłam tryb siga-siga. Nie pędziłam nigdzie ani za niczym. Wtedy zadziała się magia, a ja czułam, że zakochałam się w tym skrawku ziemi.

Dlaczego Wam o tym opowiadam?

Ponieważ moja relacja z Grecją nauczyła mnie ważnej rzeczy. Że nasze miejsce na ziemi nie zależy tylko od miejsca, w którym się znajdujemy, ale przede wszystkim… od nas. To w jakim momencie życia obecnie jesteśmy, jaki mamy charakter, na czym się skupiamy i czego oczekujemy od codzienności będzie determinowało to czy będzie nam dobrze. Ja po kilku latach odkryłam w Grecji, a dokładniej na Peloponezie mój koniec świata. Jestem wdzięczna, że mogłam się nauczyć tylu rzeczy, a przede wszystkim… cierpliwości.

Ciekawa jestem czy też macie takie miejsca, które czegoś Was nauczyły. Jakie to kraje?

2 KOMENTARZE

Pozostaw odpowiedź Ewelina Gac Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here